Deszczowa Marcowa Włoska Tropea 2026

     Ten wpis dedykuje mojej serdecznej przyjaciółce Kasi, która właśnie planuje własną podróż na Włoskiego buta, mam nadzieję że nie ona jedyna zainspiruje się tym regionem Kalabrii.

Tropea to urokliwy region na południu Włoch, gdzie turkusowe morze spotyka się z klifami, a cebula jest niemal równie sławna jak widoki – i równie słodka. To miejsce, w którym każdy dzień zaczyna się od niespiesznie pitej na tarasie włoskiej kawy , a potem jakoś tak się składa, że plan „tylko krótki spacer” zamienia się w całodniowe włóczenie między plażą a kolejną porcją gelato.

Najbliżsi znajomi znają już moje „anomalia pogodowe” – czyli nagłą, trudną do powstrzymania potrzebę zamienienia zupełnie zwyczajnego dnia w spontaniczny wyjazd. Tym razem Ryanair skutecznie mnie skusił lotem z Wrocławia do Lamezia Terme, a marcowa wypłata bardzo szybko została przeliczona na włoskie słońce i Aperole.

I jak się okazało – nie tylko ja wpadłam na ten genialny plan. Im bliżej wiosny, tym człowiek robi się coraz bardziej zdesperowany, żeby choć na chwilę zarzucić na siebie coś innego niż zimową kurtkę – nawet jeśli oznacza to spontaniczny lot na drugi koniec Europy. Moje zimowe lumpy zamieniłam jednak na parasolkę i przeciwdeszczókę, ale pogoda nie zepsuła kompletnie mojego pobytu. 

Jedyne, co zostało mi odebrane oprócz słońca, to możliwość zwiedzania Wysp Liparyjskich, które w sezonie są jedną z głównych atrakcji regionu. W Tropei można bez problemu wykupić zorganizowane rejsy na te wulkaniczne wyspy, niestety w marcu nie są one organizowane.

Szczerze żałowałam, że nie udało mi się zobaczyć ich  na własne oczy – bo jednak jest coś wyjątkowego w patrzeniu na naturę, która dosłownie „oddycha ogniem”.

Wyspy Liparyjskie (znane też jako Wyspy Eolskie) to siedem głównych wysp na północ od Sycylii, które powstały dzięki aktywności wulkanicznej – więc krajobrazy mają tam trochę „filmowy” charakter: czarne skały, błękitne morze i czasem siarkowy klimat w pakiecie.

Najbardziej znana jest Lipari, ale największe emocje zwykle kradnie Stromboli, gdzie wulkan jest nadal aktywny i co jakiś czas przypomina o sobie spektakularnymi erupcjami widocznymi nawet nocą. Pozostałe wyspy, jak Vulcano czy Salina, to miks relaksu, trekkingów i gorących źródeł.

Samo miasteczko Tropea nie jest duże – spokojnie można je obejść w godzinę – ale właśnie w tym tkwi jego urok. Wybierając się w ten region, trzeba się nastawić na zupełnie inny typ podróżowania. Tu nie chodzi o odhaczanie atrakcji i bieganie z punktu A do B, tylko o niespieszne odkrywanie detali włoskiego życia.



Zanim rozwinę się na temat samego wyjazdu, podkreślę kilka kwestii organizacyjnych, które mogą oszczędzić Wam nerwów (i euro).

Pierwsza sprawa to napiwki doliczane do zamówienia w restauracjach – warto zwracać uwagę na rachunek, bo każdy Aperol potrafi „niespodziewanie” kosztować o około 2 euro więcej niż cena z karty.

Druga kwestia – bilety na pociąg. Pamiętajcie, żeby kasować je przed wejściem do pociągu. Na peronach znajdują się małe zielone kasowniki, a ich pominięcie może skończyć się niezbyt przyjemnym spotkaniem z konduktorem i mandatem.

Trzecia sprawa to wycieczkowe wybory – niekoniecznie warto jechać do Pizzo, które moim zdaniem nie zachwyca i jest często polecane trochę „na siłę”. Zdecydowanie lepszym wyborem będzie Scilla – zielona, górzysta, klimatyczna i znacznie ciekawsza, nawet jeśli to niewielka miejscowość.

Nie polecam też wycieczki do Reggio di Calabria – poza barami przy promenadzie nie ma tam zbyt wiele do zobaczenia, a samo miasto nie robi większego wrażenia i bywa po prostu mało urokliwe. 

Warto też pamiętać o riposo – w ciągu dnia wiele restauracji, sklepów i punktów usługowych jest zamkniętych na kilka godzin. Najczęściej dzieje się to wczesnym popołudniem, więc dobrze uwzględnić to w planach, żeby nie zastać zamkniętych drzwi dokładnie wtedy, kiedy najbardziej liczy się na kawę albo lunch.


A teraz ...wyobraź sobie miejsce, gdzie morze ma kolor turkusu z Photoshopa, domy wyglądają jak przyklejone do klifu, a nawet… cebula ma status celebryty. Tak, mowa o Tropei miejscu, które łączy historię, legendy i bardzo konkretny smak południowych Włoch.

Region słynie z wyjątkowo słodkiej cebuli Cipolla Rossa di Tropea. Jest tak ceniona, że ma oznaczenie IGP i trafia nawet do deserów oraz lodów.

GP (Indicazione Geografica Protetta) to takie kulinarne VIP-pass:

  • oznacza, że produkt pochodzi z konkretnego regionu i ma z nim silny związek
  • przynajmniej jeden etap produkcji musi odbywać się właśnie tam (czyli nie da się zrobić „cebuli z Tropei” w garażu pod Poznaniem i liczyć na sukces)

W praktyce: jeśli coś ma IGP, to jest „oryginalne, sprawdzone i niepodrabialne” — coś jak włoska wersja znaku jakości + lokalnej dumy. 

Ciekawostką jest również t fakt, że Tropea nazywana jest często „perłą Morza Tyrreńskiego” a plaże poniżej kościoła regularnie trafiają do rankingów najpiękniejszych we Włoszech.

Warto tu przede wszystkim odwiedzić punkty widokowe i świadomie wybrać, którą opcją chcemy dostać się na plażę, bo każda z nich daje trochę inne wrażenia i perspektywę na miasto.

Jedną z możliwości jest zejście schodkami z punktu widokowego Cannone (Vista Porto), gdzie po drodze trafimy na ławeczkę z widokiem na port. Sama nazwa „Cannone” nie jest przypadkowa – w tym miejscu znajdują się stare armaty, które kiedyś służyły do obrony wybrzeża przed atakami od strony morza. Dziś są już tylko elementem krajobrazu i trochę symboliczną „strażą” punktu widokowego, ale dodają temu miejscu charakteru i przypominają, że kiedyś Tropea wcale nie była tylko spokojnym, turystycznym miasteczkiem.

Warto przyjść tutaj szczególnie wieczorem, kiedy port jest nastrojowo oświetlony. To idealne miejsce na spokojny, ciepły wieczór – taki bez pośpiechu, z gwiazdami nad głową i widokiem, który sam w sobie robi całą atmosferę.

Cannone po włosku oznacza dosłownie „armata / działo”.

Vista Porto oznacza natomiast „widok na port” – czyli po prostu opis tego, co tam dziś najważniejsze: panoramę portu i morza.

Z tego punktu możemy zejść po schodkach i dotrzeć prosto na plażę Spiaggia del Cannone. Warto się tu wybrać jeśli szukacie bardziej ukrytej plaży, gdzie można liczyć na odrobinę prywatności.Plaża znajduje się dosłownie zaraz przy porcie, za falochronem, to niewielka plaża ukryta pod klifami, mniej oczywista niż główne odcinki wybrzeża.




Podążając dalej za tymi wartymi uchwycenia kadrami, trudno nie zatrzymać się na balkonie widokowym  Terrazza Panoramica Tropea, to tuaj rozciąga się widok na błękitne morze, miejską plażę i charakterystyczną skałę wyrastającą z wody, na której stoi Sanktuarium Santa Maria dell’Isola.


Santuario di Santa Maria dell'Isola to niewielki, ale niezwykle malowniczo położony klasztor i kościół, który wygląda tak, jakby dosłownie wyrósł z morza. Jego historia sięga średniowiecza, a przez wieki był miejscem odosobnienia i modlitwy, natomiast dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Tropea.

Wejście na teren sanktuarium jest płatne i kosztuje zazwyczaj około 5 euro (w zależności od sezonu i ewentualnych wystaw). Oprócz samego kościoła można tam zwiedzić również niewielki, zadbany ogród na klifie, który jest jednym z najprzyjemniejszych punktów całego kompleksu – pełen zieleni, ścieżek i widoków na morze. To właśnie on sprawia, że wizyta nie ogranicza się do krótkiego wejścia do świątyni, ale daje chwilę na spokojne spacerowanie i podziwianie panoramy.



Ostatnie zejście na plażę znajduje się tuż za klasztorem kapucynów La Sanità of Friars Minor Capuchin. To jedno z mniej oczywistych zejść, przez co bywa spokojniejsze i mniej uczęszczane niż główne trasy. Schody prowadzące w dół są dość klimatyczne – wąskie, wkomponowane w skałę i stopniowo odsłaniające coraz szerszy widok na morze. Na dole czeka kolejny fragment wybrzeża, gdzie można zejść bezpośrednio na piasek i spojrzeć na Tropeę z zupełnie innej perspektywy. 

Idealnie się składa gdyż zejście  znajduje się niedaleko restauracji Terrazza 48. Manager (polak)Paweł chętnie odpowie na pytania dotyczące regionu i włoskich realiów, a przy okazji podzieli się realiami życia w Kalabrii. Do tego serwuje solidnie nalane trunki oraz deskę pysznej bruschetty za jedynie 5euro dlatego jeśli chcecie spalić trochę kalorii po obiedzie to zejście na plaże będzie idealnym połączeniem. Mówię  z doświadczenia.

         

Skoro już ustaliliśmy, że bez auta w okolicy nie ma się co zbytnio rozdrabniać na dalsze wypady, warto zrobić mały ranking najładniejszych i najbliższych plaż w okolicach Tropea.



Zaczynam od mojej ulubionej – którą nazwałam „plażą lwa”. Wszystko przez skały, które z pewnej perspektywy układają się w kształt głowy tego drapieżnika. Samo zejście na plażę to już przygoda – ścieżka prowadzi przez chaszcze, a momentami ma się wrażenie, że dosłownie skradamy się za płotem czyjegoś ogrodu. W pewnym momencie człowiek nawet nie jest pewien, czy ogrodzenie to jeszcze część trasy, czy już dawno zbłądził i powinien zawrócić.

Ale warto zaufać intuicji. Jeśli ma się w sobie odrobinę odwagi i „lwiego serca”, na końcu tej nieco dzikiej drogi ukazuje się Spiaggia della Marinella – plaża, która wynagradza cały ten mały trekking spokojem, widokami. Pociągiem 30 min od Tropei, należy wysiąść na przystanku Zambrone.

Druga opcja to Capo Vaticano. Jak się tam dostać ? Już wszystko opisuje ........

Z Tropea do stacji Ricadi pociągiem jedzie się około 15 minut, co czyni ten odcinek bardzo szybkim i wygodnym. Następnie trzeba liczyć około 30 minut pieszo na punkt widokowy Punta Faro.

Samo dojście na punkt widokowy nie jest trudne, natomiast zejście na plażę jest już bardziej strome i zupełnie niezagospodarowane, co dodaje temu miejscu dzikiego, naturalnego charakteru.

Na dole jednak czeka nagroda: przejrzysta, czysta woda i wybrzeże, które wygląda znacznie bardziej surowo i naturalnie niż w centrum Tropei.

Jeśli macie ochotę bardziej na podziwianie widoków niż schodzenie na dół, to warto zostać „gapiem” i po prostu usiąść z pysznymi włoskimi lodami w ręku. Świetnie sprawdza się tu bar Bier Garten w Capo Vaticano, gdzie można obserwować  przypływające łódki z góry i patrzeć jak reszta ludzi walczy o ostatni wolny kawałek piasku aby rozbić swoje obozowisko.

Czasem naprawdę niewiele potrzeba do szczęścia – wystarczą piękne widoki, dobre jedzenie i to poczucie, że nigdzie nie trzeba się spieszyć.

Myślę, że pod względem plaż „Lwia Głowa” jest zdecydowanie lepiej zagospodarowana jeśli chodzi o zejście i dostęp do wody.



Kończąc wrócę jeszcze na chwilę do Scilli i nazwy samej miejscowosci, gdyż ma bardzo stare, mitologiczne pochodzenie. Wywodzi się od Scylli (Scylla) – morskiego potwora z mitologii greckiej, który według legendy mieszkał właśnie w tej cieśninie. Razem z Charybdą po drugiej stronie tworzyły one słynne „między Scyllą a Charybdą”, czyli sytuację bez dobrego wyjścia – dwa niebezpieczeństwa po przeciwnych stronach.

Mimo legend które mogłyby odstarszyć i zasiać wątpliwość czy warto odwiedzić to miejsce na mapie zostawiam tutaj zdjęcia na podstawie których podejmiecie jedną i słuszną decyzję która brzmi :warto!







Podróż z Tropei do Scilla trwa 1,5h pociągiem bilet można kupić na peronie, albo przez aplikacje Omio sama miejscowość jest mała więc zwiedzenie nie zajmie nawet całego dnia, no chyba że przestawimy się na włoski tryb piano  czyli powoli.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sycylia Apperolin czyli urodzinowe „Tanti auguri di buon compleanno a me" w 2025

Majorka w Styczniu 2024- oh-oh-oh That's Mallorca

Islandia: Ziemia Ognia i Lodu - tego mi było trzeba!